Po moim policzku mimowolnie
spłynęła pojedyncza łza. Cały czas wpatrywałam się w martwy punkt daleko przede
mną. W głowie miałam milion różnych scenariuszy. Wszystko kłębiło mi się w tej
małej główce. Ja tu siedzę z Niall’em i oglądam, świetnie się przy tym bawiąc,
a gdzieś na obrzeżach Londynu jest MÓJ Harry z jakimiś facetami, którzy chcą
coś z nim zrobić.
- Halo. – powiedział blondyn
machając mi ręką przed oczami. Zamknęłam powieki tylko po to żeby zaraz móc je
otworzyć i wrócić do sytuacji sprzed dwudziestu minut, gdzie siedzę z Niall’em
przed telewizorem, a Harry jest gdzieś na mieście, ale bezpieczny.
- Coś się stało? – spytał
zaniepokojony chłopak.
- Nie … Wsz… wszystko jest
dobrze. – wyszeptałam dalej wpatrując się w jakiś punkt. Cholera. Powinnam teraz tam iść i mu pomóc. Ale jak? Normalnie. Chciałam zejść z kanapy ale
nie mogłam. Może to przez te emocje. Spojrzałam w stronę Niall’a i zobaczyłam
jak sięga po mojego iPhon’a. Szybkim ruchem go wyprzedziłam. Wyrwałam go z jego
dużej dłoni i w kawałkach wsadziłam do kieszonki. Sztucznie się do niego
uśmiechnęłam i nawet nie zauważyłam że stoi przede mną.
- Wszystko okej? – spytał po raz
drugi, trzeci. Niewiem.
- Emm … tak. Wszystko jak
najlepiej. Jest wspaniale, a ja już muszę iść. – wypuściłam z siebie potok słów
z szerokim, sztucznym uśmiechem na twarzy i na odchodne puściłam do niego
oczko, a potem zatopiłam się w zimnych ramionach oddechu nieba. Zaciągnęłam się
powietrzem i gdy szybkim krokiem chciałam ruszyć w stronę starego budynku o
którym napisał mi nieznajomy, poczułam ciepłą dłoń na nadgarstku. Ponownie
wciągnęłam najwięcej powietrza ile tylko zdołałam zmieścić i odwróciłam się do
niego twarzą.
- Puść mnie. – syknęłam i
próbowałam się wyrwać.
- Nie jest wszystko dobrze.
Widzę. – rzekł, a ja głupia spojrzałam prosto w jego niebieskie oczy
przepełnione bólem, żalem, współczuciem, miłością. Czekaj, czekaj. MIŁOŚCIĄ? Szybko odkręciłam głowę w stronę wysokich
rozłożystych drzew, które otaczały dom chłopaków i prychnęłam z wyczuwalną
ironią w głosie.
- Wszystko jest w jak najlepszym
porządku. Przynajmniej ze mną. Źle to może zaraz być, ale z Tobą. – syknęłam i
wyrwałam dłoń z jego uścisku, i biegiem ruszyłam na drugą stronę ulicy.
Moje
serce biło tak mocno, że miałam wrażenie, że obudzi zaraz całe miasto.
Przemierzałam opustoszałe uliczki Londynu, a wokół otaczała mnie ciemność.
Przystanęłam i wyciągnęłam swojego białego iPhon’a. Trzęsącymi się rękoma
włożyłam baterię i go włączyłam. Spojrzałam na niego i dopiero teraz
zobaczyłam, że ma pęknięty ekran. Nagle coś zaczęło migać. Uniosłam głowę, a
nade mną była chyba zepsuta latarnia. Schowałam z powrotem phona do kieszeni i
choć cała się trzęsłam to pewnym krokiem ruszyłam na przód. Zaczęłam się
rozglądać za małym parkiem. Przeszłam już dobre trzy kilometry. Oby nie więcej.
W oddali ujrzałam kilka drzewek, jakieś rośliny, krzaki i trzy małe ławeczki, a
po środku tego prowadziła ścieżka. To
musi być to. Moje serce zaczęło bić mocniej i szybciej. Nogi się pode mną
ugięły w kolanach. Lekko zawirowało mi w głowie na myśl o tym całym zdarzeniu. Ręce
trzęsły mi się coraz bardziej. Nie mogłam opanować swoich emocji. Teraz
trzęsłam się już cała. Żołądek podszedł mi dosłownie do samego gardła.
Przełknęłam ogromną gulę i szybszym, pewniejszym krokiem ruszyłam w głąb parku.
Przystanęłam na samym jego środku i zaczęłam się rozglądać za jakimś murem. Gdy
wiatr lekko zawiał, za kilkoma drzewami ujrzałam coś przypominające czerwone,
rozwalone już cegły. Podeszłam bliżej upewniając się, że to na pewno jest mur. To
był murek. Szłam wzdłuż niego w poszukiwaniu jakiegoś przejścia. Gdy już go
znalazłam, zastanawiałam się czy na pewno mam tam wejść. Może to jakaś zasadzka? Ale tak na zdrowy rozum. Po co komu potrzebna taka zwykła, szara
myszka jak ja? No właśnie. Weszłam za niego i moim oczom ukazał się stary
rozwalony budynek. Miał kawałek dachu, a zamiast okien poprzybijane kawałki jakiś
desek. Domyślając się w miejscu drzwi był duży otwór, jakby ktoś wywarzył je
tylko trochę z kawałkiem ściany. Chata była zrobiona w połowie z drewna, a
druga połowa z cegieł. Podeszłam krok bliżej i zobaczyłam, że jest taki otworek
przez który w razie czego mogłabym uciec. Zaciągnęłam się zatrutym tamtym
miejscem powietrzem i postawiłam niepewny krok w przód, potem drugi, trzeci, a
dalej już poszło wszystko łatwo.
- Halo.
Jest tu ktoś?! – krzyknęłam zachrypniętym i łamiącym się głosem. Czuć było
starym, spróchniałym drewnem i nadmiarem alkoholu. Wszystko było podpierane
przez jakieś bele. Weszłam na środek i zaczęłam się rozglądać. Zobaczyłam
przejście do drugiego pomieszczenia. Rozejrzałam się czy nikogo tu nie ma i
poszłam na przód. Odchrząknęłam i znowu zapytam czy jest tam ktoś.
Odpowiedziała mi jedynie cisza. Ponownie wciągnęłam powietrze, ale nie dano mi
go wypuścić. Poczułam silny ból na nadgarstkach i na twarzy. Otworzyłam oczy, a
nade mną stało dwóch mocno zbudowanych kolesi. Z bicepsami i całą resztą mięśni
po rocznym ćwiczeniu na siłowni. Zlustrowałam ich wzrokiem i poczułam, że musi
być tu jeszcze trzeci facet, który trzyma mnie za nadgarstki i zakrywa dłonią
usta. Zaczęłam się rzucać i szarpać. Na nic. Ból z każdą sekundą stawał się
jeszcze gorszy.
- Puść
ją. Bo się udusi. – zakpił jeden z mężczyzn stojących nade mną i obaj parsknęli
śmiechem. Miałam ochotę wstać, nakopać jednemu, drugiemu i trzeciemu do dupy
tak, że by się nie podnieśli.
Wypuściłam
powietrze z płuc i spojrzałam na nich wzrokiem, jakbym miała ich zaraz zabić.
- Ohoho.
Myślę, że to my tu zabijamy, maleńka. Więc nie patrz tak na mnie. – oznajmił
cały czas przy mnie kucając. Pogłaskał mnie po policzku. Co on powiedział? ‘My tu zabijamy’. No to brawo panno Dickinson. Owacje
na stojąco się należą. Spojrzałam na drugiego kolesia który był w zasięgu
wzroku i zlustrowałam go wzrokiem. Wyglądał na wrednego. Bo wiesz, ci ludzie są wredni. Stał z jedną ręką w kieszeni, a
drugą to przysuwał i pociągał papierosa do twarzy, to nie. Był tak samo
napakowany jak ten gościu obok mnie. Może nawet bardziej.
- Ohh
Will, ale na nią działasz. – rzekł ten facet który pogłaskał mnie wcześniej po
policzku.
- Oo no
widzisz. Urok osobisty. – odpowiedział cwaniacko ‘will’ czy jak mu tam.
- Nawet
się nie przedstawiliśmy. Jestem James, to Will, a ten co Cię trzyma to Robbie. –
oznajmił, a ja obejrzałam się na kolesia który ściska mnie tak mocno, że zaraz
chyba dostanie.
- Dla
przyjaciół Toby. – puścił mi oczko, a ja myślałam, ze się zaraz tam zrzygam mu
prosto w rękę. To byłby ubaw. Uśmiechnęłam się na tę myśl, a ten cały Toby
ścisnął mnie za twarz jeszcze mocniej. Nagle zaczął się podnosić do pozycji
pionowej. Pociągnął mnie mocno za ramiona do góry i zaczął się śmiać prosto w
twarz. Gdybym nie miała zatkanych ust plunęłabym na niego tym wszystkim co bym
tylko znalazła w całym swoim organizmie. Spojrzałam na niego złowrogo, a te
pociągnął mnie za sobą jakbym była jakimś psem. Rzucił mnie dosłownie na
krzesło, a zaraz potem przyszedł ten cały Will i zaczął mnie do niego
przywiązywać, wcześniej wsadzając mi do buzi jakąś szmatę czymś nasiąkniętą. Śmierdziała
jakby zbierał nią wszystko co leżało mu na drodze. Zaczynając od alkoholu
kończąc na zwierzęcych odchodach. Myślałam, ze zaraz zwymiotuję. Kolesie
stanęli w rządku przede mną z szyderczymi uśmieszkami na tych swoich mordach. Miałam
ochotę wstać i pozbyć ich, ich własnych przyrodzeń. O tak, to byłoby dobre i
wspaniałe rozwiązanie.
- Will,
pilnuj ją, my zaraz przyjdziemy. – oznajmił James i odszedł razem z Toby’m
gdzieś za ścianę. Spojrzałam z obrzydzeniem, na tego całego obleśnego Will’a i
patrzyłam na jego nawet najmniejszy ruch. Domyślałam się, że jego pełne imię
brzmi William. Wziął jedno z krzeseł stojących pod zabitym dechami okien, chyba
najlepiej wyglądające, bo tylko bez jednej nogi. Niektóre były tylko z jedną
nogą, inne bez oparcia, bez tej części do siedzenia, inne to w ogóle bez nóg. Spojrzałam
na mojei wyglądało całkiem przyzwoicie. Miało trzy nogi, oparcie, część do
siedzenia, na której się wygodnie siedziało. W sumie to narzekać nie można. Idiotka, siedzi w czymś, nawet nie wiadomo
jak to nazwać, przywiązana do jakiegoś krzesła z trzema ohydnymi kolesiami, a
ona, że jest całkiem przyzwoite krzesełko. Zaczęłam rozglądać się po całym
pomieszczeniu, jeśli można tak to nazwać i patrzyłam co się w nim znajduje. No
na pierwszym planie znajdował się Will, na drugiej te wszystkie zepsute
krzesła. Oczywiście nie uszły okna, bez okien, poobdrapywane ściany. Moim uwadze
nie uszła jakaś tablica widząca na ścianie na prość mnie. Bardziej jej się
przyjrzałam. Zauważyłam tam jakieś zdjęcia, jedno tylko było bardzo wyraźne i
dziewczyna na nim kogoś mi przypominała. Tylko pytanie: kogo?
- No
maleńka próbowałaś kiedyś narkotyków? – pokręciłam przecząco głową i spojrzałam
na przedmiot który trzymał w dłoni. Strzykawka. Cała zaczęłam się pocić i
trząść ze strachu Z gardła wydobył się cichy jęk przerażenia i gdy Toby zaczął
do mnie podchodzić żołądek znowu podszedł mi do gardła. Wyciągnął moją rękę z
zawiązanej liny i powoli podwiną rękaw tak wysoko jak się tylko dało. Z mojego
gardła coraz częściej wychodziły coraz głośniejsze jęki. Zaczęłam szarpać ręką,
którą Robbie trzymał w swojej dłoni, a drugą próbowałam jakoś wyciągnąć z liny.
Na nic to się nie zdało, ale szarpałam dalej, zaczęłam ‘krzyczeć’ gardłem, szarpać
nogami i próbowałam wypluć tą starą szmatę. Nic. W pewnym momencie isę
poddałam. Nie miałam sił na dalsze stawianie oporu. Wiedziałam, że to i tak nic
nie da. Harry. Wtedy gdy go potrzebowałam wtedy go nie było.
Spojrzałam
na kolesia który brał od James’a napełnioną strzykawkę. Spojrzał na mnie i wszyscy
troje wybuchnęli głośnym złowieszczym śmiechem. Moje serce pękło na milion
kawałeczków, których nie dało się już potem pozbierać. Pękłam cała. Robbie
przybliżył strzykawkę do skóry o powoli ją w nią wkładał. Wiedział, że to boli
i dlatego robił to tak wolno jak tylko się dało. Ale dlaczego? Dlaczego akurat
ja? Z moim oczu momentalnie lały się hektolitry łez. Nie mogłam ich powstrzymać
nie umiałam. Nie chciałam. Poczułam jak substancja rozchodzi się po moim organizmie.
W jednej chwili wszystkie problemy zniknęły. Wszystko. Nie miałam już żadnych
problemów. Nic. Czułam się taka lekka, wolna. Miałam ochotę na wszystko, lecz to
nie trwało długo.
Zaczęło
mi się kręcić w głowie. Wszystko zaczęło mnie boleć. Nie dałam rady nawet
podnieść powiek. Kompletnie nic. Nagle usłyszałam wielki huk.
- Zostaw
ją! – usłyszałam męski głos, a później już tylko jakieś hałasy, który były
tylko i wyłącznie wytworem mojej wyobraźni i nicość. Ciemność, to było potem.
---------------------------------------------
Ta daaaaaaaaaaaaam <3
No to teraz trochę się rozkręciło i przechodzimy do sedna sprawy. :D
Dobra to teraz DEDYKACJA :
Dla Pauliny <3 Wiem że to ty dodałaś te dwa komentarze. Trzy przepraszaam :* )
i Dla anonimka, który podpisał się /Sara <3
Pozdrowionka lecą :* <333
MAM DO WAS TAKĄ PROŚBĘ. W KOMENTARZACH WYRAŻAJACIE SWOJE OPINIE. A NIE TYLKO 'DAWAJ NEXTA, SZYBKO KOLEJNY...' ITP; ITD.
TO MNIE NIE CIESZY ;)
A GDY SIĘ CZYTA TAKIE OPINIE O BLOGU, OPOWIADANIU TO AŻ MA SIĘ CHĘĆ NA NAPISANIE KOLEJNEGO ROZDZIAŁU JUŻ ZARAZ <3
OPINIUJCIE MOJE OPOWIADANIE. PROOOOOOSZĘ :* :* :* :*





