wtorek, 27 sierpnia 2013

Chapter 13

Po moim policzku mimowolnie spłynęła pojedyncza łza. Cały czas wpatrywałam się w martwy punkt daleko przede mną. W głowie miałam milion różnych scenariuszy. Wszystko kłębiło mi się w tej małej główce. Ja tu siedzę z Niall’em i oglądam, świetnie się przy tym bawiąc, a gdzieś na obrzeżach Londynu jest MÓJ Harry z jakimiś facetami, którzy chcą coś z nim zrobić.
- Halo. – powiedział blondyn machając mi ręką przed oczami. Zamknęłam powieki tylko po to żeby zaraz móc je otworzyć i wrócić do sytuacji sprzed dwudziestu minut, gdzie siedzę z Niall’em przed telewizorem, a Harry jest gdzieś na mieście, ale bezpieczny.
- Coś się stało? – spytał zaniepokojony chłopak.
- Nie … Wsz… wszystko jest dobrze. – wyszeptałam dalej wpatrując się w jakiś punkt. Cholera. Powinnam teraz tam iść i mu pomóc. Ale jak? Normalnie. Chciałam zejść z kanapy ale nie mogłam. Może to przez te emocje. Spojrzałam w stronę Niall’a i zobaczyłam jak sięga po mojego iPhon’a. Szybkim ruchem go wyprzedziłam. Wyrwałam go z jego dużej dłoni i w kawałkach wsadziłam do kieszonki. Sztucznie się do niego uśmiechnęłam i nawet nie zauważyłam że stoi przede mną.
- Wszystko okej? – spytał po raz drugi, trzeci. Niewiem.
- Emm … tak. Wszystko jak najlepiej. Jest wspaniale, a ja już muszę iść. – wypuściłam z siebie potok słów z szerokim, sztucznym uśmiechem na twarzy i na odchodne puściłam do niego oczko, a potem zatopiłam się w zimnych ramionach oddechu nieba. Zaciągnęłam się powietrzem i gdy szybkim krokiem chciałam ruszyć w stronę starego budynku o którym napisał mi nieznajomy, poczułam ciepłą dłoń na nadgarstku. Ponownie wciągnęłam najwięcej powietrza ile tylko zdołałam zmieścić i odwróciłam się do niego twarzą.
- Puść mnie. – syknęłam i próbowałam się wyrwać.
- Nie jest wszystko dobrze. Widzę. – rzekł, a ja głupia spojrzałam prosto w jego niebieskie oczy przepełnione bólem, żalem, współczuciem, miłością. Czekaj, czekaj. MIŁOŚCIĄ? Szybko odkręciłam głowę w stronę wysokich rozłożystych drzew, które otaczały dom chłopaków i prychnęłam z wyczuwalną ironią w głosie.
- Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Przynajmniej ze mną. Źle to może zaraz być, ale z Tobą. – syknęłam i wyrwałam dłoń z jego uścisku, i biegiem ruszyłam na drugą stronę ulicy.
Moje serce biło tak mocno, że miałam wrażenie, że obudzi zaraz całe miasto. Przemierzałam opustoszałe uliczki Londynu, a wokół otaczała mnie ciemność. Przystanęłam i wyciągnęłam swojego białego iPhon’a. Trzęsącymi się rękoma włożyłam baterię i go włączyłam. Spojrzałam na niego i dopiero teraz zobaczyłam, że ma pęknięty ekran. Nagle coś zaczęło migać. Uniosłam głowę, a nade mną była chyba zepsuta latarnia. Schowałam z powrotem phona do kieszeni i choć cała się trzęsłam to pewnym krokiem ruszyłam na przód. Zaczęłam się rozglądać za małym parkiem. Przeszłam już dobre trzy kilometry. Oby nie więcej. W oddali ujrzałam kilka drzewek, jakieś rośliny, krzaki i trzy małe ławeczki, a po środku tego prowadziła ścieżka. To musi być to. Moje serce zaczęło bić mocniej i szybciej. Nogi się pode mną ugięły w kolanach. Lekko zawirowało mi w głowie na myśl o tym całym zdarzeniu. Ręce trzęsły mi się coraz bardziej. Nie mogłam opanować swoich emocji. Teraz trzęsłam się już cała. Żołądek podszedł mi dosłownie do samego gardła. Przełknęłam ogromną gulę i szybszym, pewniejszym krokiem ruszyłam w głąb parku. Przystanęłam na samym jego środku i zaczęłam się rozglądać za jakimś murem. Gdy wiatr lekko zawiał, za kilkoma drzewami ujrzałam coś przypominające czerwone, rozwalone już cegły. Podeszłam bliżej upewniając się, że to na pewno jest mur. To był murek. Szłam wzdłuż niego w poszukiwaniu jakiegoś przejścia. Gdy już go znalazłam, zastanawiałam się czy na pewno mam tam wejść. Może to jakaś zasadzka? Ale tak na zdrowy rozum. Po co komu potrzebna taka zwykła, szara myszka jak ja? No właśnie. Weszłam za niego i moim oczom ukazał się stary rozwalony budynek. Miał kawałek dachu, a zamiast okien poprzybijane kawałki jakiś desek. Domyślając się w miejscu drzwi był duży otwór, jakby ktoś wywarzył je tylko trochę z kawałkiem ściany. Chata była zrobiona w połowie z drewna, a druga połowa z cegieł. Podeszłam krok bliżej i zobaczyłam, że jest taki otworek przez który w razie czego mogłabym uciec. Zaciągnęłam się zatrutym tamtym miejscem powietrzem i postawiłam niepewny krok w przód, potem drugi, trzeci, a dalej już poszło wszystko łatwo.
- Halo. Jest tu ktoś?! – krzyknęłam zachrypniętym i łamiącym się głosem. Czuć było starym, spróchniałym drewnem i nadmiarem alkoholu. Wszystko było podpierane przez jakieś bele. Weszłam na środek i zaczęłam się rozglądać. Zobaczyłam przejście do drugiego pomieszczenia. Rozejrzałam się czy nikogo tu nie ma i poszłam na przód. Odchrząknęłam i znowu zapytam czy jest tam ktoś. Odpowiedziała mi jedynie cisza. Ponownie wciągnęłam powietrze, ale nie dano mi go wypuścić. Poczułam silny ból na nadgarstkach i na twarzy. Otworzyłam oczy, a nade mną stało dwóch mocno zbudowanych kolesi. Z bicepsami i całą resztą mięśni po rocznym ćwiczeniu na siłowni. Zlustrowałam ich wzrokiem i poczułam, że musi być tu jeszcze trzeci facet, który trzyma mnie za nadgarstki i zakrywa dłonią usta. Zaczęłam się rzucać i szarpać. Na nic. Ból z każdą sekundą stawał się jeszcze gorszy.
- Puść ją. Bo się udusi. – zakpił jeden z mężczyzn stojących nade mną i obaj parsknęli śmiechem. Miałam ochotę wstać, nakopać jednemu, drugiemu i trzeciemu do dupy tak, że by się nie podnieśli.
Wypuściłam powietrze z płuc i spojrzałam na nich wzrokiem, jakbym miała ich zaraz zabić.
- Ohoho. Myślę, że to my tu zabijamy, maleńka. Więc nie patrz tak na mnie. – oznajmił cały czas przy mnie kucając. Pogłaskał mnie po policzku. Co on powiedział? ‘My tu zabijamy’. No to brawo panno Dickinson. Owacje na stojąco się należą. Spojrzałam na drugiego kolesia który był w zasięgu wzroku i zlustrowałam go wzrokiem. Wyglądał na wrednego. Bo wiesz, ci ludzie są wredni. Stał z jedną ręką w kieszeni, a drugą to przysuwał i pociągał papierosa do twarzy, to nie. Był tak samo napakowany jak ten gościu obok mnie. Może nawet bardziej.
- Ohh Will, ale na nią działasz. – rzekł ten facet który pogłaskał mnie wcześniej po policzku.
- Oo no widzisz. Urok osobisty. – odpowiedział cwaniacko ‘will’ czy jak mu tam.
- Nawet się nie przedstawiliśmy. Jestem James, to Will, a ten co Cię trzyma to Robbie. – oznajmił, a ja obejrzałam się na kolesia który ściska mnie tak mocno, że zaraz chyba dostanie.
- Dla przyjaciół Toby. – puścił mi oczko, a ja myślałam, ze się zaraz tam zrzygam mu prosto w rękę. To byłby ubaw. Uśmiechnęłam się na tę myśl, a ten cały Toby ścisnął mnie za twarz jeszcze mocniej. Nagle zaczął się podnosić do pozycji pionowej. Pociągnął mnie mocno za ramiona do góry i zaczął się śmiać prosto w twarz. Gdybym nie miała zatkanych ust plunęłabym na niego tym wszystkim co bym tylko znalazła w całym swoim organizmie. Spojrzałam na niego złowrogo, a te pociągnął mnie za sobą jakbym była jakimś psem. Rzucił mnie dosłownie na krzesło, a zaraz potem przyszedł ten cały Will i zaczął mnie do niego przywiązywać, wcześniej wsadzając mi do buzi jakąś szmatę czymś nasiąkniętą. Śmierdziała jakby zbierał nią wszystko co leżało mu na drodze. Zaczynając od alkoholu kończąc na zwierzęcych odchodach. Myślałam, ze zaraz zwymiotuję. Kolesie stanęli w rządku przede mną z szyderczymi uśmieszkami na tych swoich mordach. Miałam ochotę wstać i pozbyć ich, ich własnych przyrodzeń. O tak, to byłoby dobre i wspaniałe rozwiązanie.
- Will, pilnuj ją, my zaraz przyjdziemy. – oznajmił James i odszedł razem z Toby’m gdzieś za ścianę. Spojrzałam z obrzydzeniem, na tego całego obleśnego Will’a i patrzyłam na jego nawet najmniejszy ruch. Domyślałam się, że jego pełne imię brzmi William. Wziął jedno z krzeseł stojących pod zabitym dechami okien, chyba najlepiej wyglądające, bo tylko bez jednej nogi. Niektóre były tylko z jedną nogą, inne bez oparcia, bez tej części do siedzenia, inne to w ogóle bez nóg. Spojrzałam na mojei wyglądało całkiem przyzwoicie. Miało trzy nogi, oparcie, część do siedzenia, na której się wygodnie siedziało. W sumie to narzekać nie można. Idiotka, siedzi w czymś, nawet nie wiadomo jak to nazwać, przywiązana do jakiegoś krzesła z trzema ohydnymi kolesiami, a ona, że jest całkiem przyzwoite krzesełko. Zaczęłam rozglądać się po całym pomieszczeniu, jeśli można tak to nazwać i patrzyłam co się w nim znajduje. No na pierwszym planie znajdował się Will, na drugiej te wszystkie zepsute krzesła. Oczywiście nie uszły okna, bez okien, poobdrapywane ściany. Moim uwadze nie uszła jakaś tablica widząca na ścianie na prość mnie. Bardziej jej się przyjrzałam. Zauważyłam tam jakieś zdjęcia, jedno tylko było bardzo wyraźne i dziewczyna na nim kogoś mi przypominała. Tylko pytanie: kogo?
- No maleńka próbowałaś kiedyś narkotyków? – pokręciłam przecząco głową i spojrzałam na przedmiot który trzymał w dłoni. Strzykawka. Cała zaczęłam się pocić i trząść ze strachu Z gardła wydobył się cichy jęk przerażenia i gdy Toby zaczął do mnie podchodzić żołądek znowu podszedł mi do gardła. Wyciągnął moją rękę z zawiązanej liny i powoli podwiną rękaw tak wysoko jak się tylko dało. Z mojego gardła coraz częściej wychodziły coraz głośniejsze jęki. Zaczęłam szarpać ręką, którą Robbie trzymał w swojej dłoni, a drugą próbowałam jakoś wyciągnąć z liny. Na nic to się nie zdało, ale szarpałam dalej, zaczęłam ‘krzyczeć’ gardłem, szarpać nogami i próbowałam wypluć tą starą szmatę. Nic. W pewnym momencie isę poddałam. Nie miałam sił na dalsze stawianie oporu. Wiedziałam, że to i tak nic nie da. Harry. Wtedy gdy go potrzebowałam wtedy go nie było.
Spojrzałam na kolesia który brał od James’a napełnioną strzykawkę. Spojrzał na mnie i wszyscy troje wybuchnęli głośnym złowieszczym śmiechem. Moje serce pękło na milion kawałeczków, których nie dało się już potem pozbierać. Pękłam cała. Robbie przybliżył strzykawkę do skóry o powoli ją w nią wkładał. Wiedział, że to boli i dlatego robił to tak wolno jak tylko się dało. Ale dlaczego? Dlaczego akurat ja? Z moim oczu momentalnie lały się hektolitry łez. Nie mogłam ich powstrzymać nie umiałam. Nie chciałam. Poczułam jak substancja rozchodzi się po moim organizmie. W jednej chwili wszystkie problemy zniknęły. Wszystko. Nie miałam już żadnych problemów. Nic. Czułam się taka lekka, wolna. Miałam ochotę na wszystko, lecz to nie trwało długo.
Zaczęło mi się kręcić w głowie. Wszystko zaczęło mnie boleć. Nie dałam rady nawet podnieść powiek. Kompletnie nic. Nagle usłyszałam wielki huk.
- Zostaw ją! – usłyszałam męski głos, a później już tylko jakieś hałasy, który były tylko i wyłącznie wytworem mojej wyobraźni i nicość. Ciemność, to było potem.
---------------------------------------------
Ta daaaaaaaaaaaaam <3
No to teraz trochę się rozkręciło i przechodzimy do sedna sprawy.  :D
Dobra to teraz DEDYKACJA :
Dla Pauliny <3 Wiem że to ty dodałaś te dwa komentarze. Trzy przepraszaam :* )
i Dla anonimka, który podpisał się /Sara <3
Pozdrowionka lecą :* <333

MAM DO WAS TAKĄ PROŚBĘ. W KOMENTARZACH WYRAŻAJACIE SWOJE OPINIE. A NIE TYLKO 'DAWAJ NEXTA, SZYBKO KOLEJNY...' ITP; ITD. 
TO MNIE NIE CIESZY ;)
A GDY SIĘ CZYTA TAKIE OPINIE O BLOGU, OPOWIADANIU TO AŻ MA SIĘ CHĘĆ NA NAPISANIE KOLEJNEGO ROZDZIAŁU JUŻ ZARAZ <3
OPINIUJCIE MOJE OPOWIADANIE. PROOOOOOSZĘ :* :* :* :*

3 komentarze:

  1. Jesteś zajebista i to opowiadanie też <3 Wciągnęła mnie ta historia tak,że mogłabym ją czytać, jak ty to powiedziałaś: all day all night :D Czytając ten rozdział miałam łzy w oczach, zresztą tak samo jak w poprzednich <3
    - Twoja BFF:Paula :*:*:*
    P.S.1 - dzięki za dedyka :* a następnym razem napisz, że to ja znalazłam to zdj, a propos to ładnie je przerobiłaś
    P.S.2 - dawaj nexta :P :* <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Aaaaaaaaa, no w takim momencie przerwać? Ja chcę wiedzieć co będzie dalej!!! A tak w ogóle to super opowiadanie. Czekam na dalszą część.

    Zapraszam na mojego bloga:http://we-are-friends-forever.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow , zaczęło się robić naprawdę ciekawie :) To opowiadanie naprawdę mnie wcągnęło ! Trzymaj tak dalej a będziesz miała wielu czytelników xD Życzę veny :)
    Pozdrawiam xx

    OdpowiedzUsuń